Do upadku Powstania Warszawskiego mieszkaliśmy na Wroniej. Mama, ja i mój stryjek. Przed wybuchem Powstania taty już z nami nie było. Nie wiedzieliśmy, gdzie się podział i czy żyje. Nie tylko my byliśmy w takiej sytuacji. Wiele rodzin z naszej kamienicy było w podobnej .
Przy kolejnych nalotach wszyscy mieszkańcy schodzili do schronów lub piwnic. My schodziliśmy do piwnicy w naszej kamienicy. Tam było duszno i tłoczno. Jedni stali, inni siedzieli, gdzie się dało. Większość się modliła. Czekaliśmy. W piwnicy znajdowało się małe okienko. Co jakiś czas, któraś matka sadzała tam choć na chwilę swoje dziecko, żeby pooddychało świeżym powietrzem. Kiedy skończyła się moja kolej na "świeży oddech" posadzono na parapecie okna dziewczynkę. Była młodsza ode mnie.
Chyba byłem dzieckiem szczęścia.
W tym momencie, gdy małą posadzili w oknie - na ulicy wybuchł szrapnel. Odłamki pocisku zmasakrowały dziewczynkę. Nie wiem czy przeżyła. I dziękuję, że nie pamiętam tego wydarzenia. Znam je tylko z opowieści mojej mamy.
Tata pracował na Poczcie Głównej przy Świętokrzyskiej. Był listonoszem. Nigdy nie należał do bardzo odważnych jak mówił o sobie, był "cykorantem". Pewnego dnia został wezwany przez oficera niemieckiego. Esesman nakazał mu zanieść konkretną paczkę do jakiegoś biura, w którym urzędowali Niemcy. Kazał mu wziąć pokwitowanie za doręczenie i szybko się oddalić. To było podejrzane, ale nie mógł odmówić. Całą drogę pod wskazany adres szło za nim dwóch młodych chłopaków. Tata dostarczył paczkę i bardzo starał się nie okazywać zdenerwowania. Urzędnik, który odebrał przesyłkę kazał ją tacie natychmiast otworzyć. Ojciec poprosił o podpisanie kwitu doręczenia i korzystając z chwilowego zamieszania wymknął się z biura, nie otwierając pakunku. Zaraz potem usłyszał wybuch. Zaczął uciekać, ile sił w nogach. Biegł wprost na pocztę - a za nim ci dwaj, którzy go tajnie eskortowali do biura. Musiał się bardzo bać, bo biegł tak szybko, że oni go nie dogonili. Wbiegł na pocztę. Dwaj - jak się później okazało żołnierze AK, nie mogli wejść do urzędu i stali przed nim - czekając na mimowolnego "zamachowca". Po jakimś czasie na pocztę wszedł ten oficer od paczki (jak się później okazało, żołnierz polski, oficer AK), który nakazał dostarczyć paczkę. Ojciec i jego koledzy opowiedzieli mu, co się wydarzyło. Niestety świadkiem tych "zwierzeń" był ich współpracownik o którym wiedzieli, że kolaboruje z Niemcami. Oficer powiedział, żeby się o nic nie martwili, on to "załatwi". Ojcu nakazał natychmiast wyjść do dwóch żołnierzy czekających na zewnątrz, którzy go ewakuowali z Warszawy. Nie wolno mu było kontaktować się z rodziną. I tak mój tata stał się bohaterem - zamachowcem. Następnego dnia znaleziono kapusia z poczty martwego w swoim mieszkaniu.
Byłem bardzo dumny z mojego ojca i po wojnie ciągle go prosiłem o opowiadanie tej historii.
Stryj był prawdziwym komunistą - nie jakimś takim "farbowanym" - ale prawdziwym, wierzącym w idee komunistyczne. Mama mówiła, że zawsze miała z nim "urwanie głowy". Znajdował się zawsze nie tam, gdzie powinien. Kiedyś do nieprzytomności został skatowany przez Niemców. Wylizał się z tego szybko i praktycznie bez szwanku. Był odważny - może nawet zbyt odważny, jak na te czasy. Nocami pracował w piekarni, dzięki temu my i nasi najbliżsi sąsiedzi zawsze mieli chleb.
Pamiętam taką sytuację: podczas kolejnego nalotu, zbiegliśmy z mamą do piwnicy. Po drodze spotkaliśmy wuja, który właśnie wracał z nocnej zmiany w piekarni. Wyglądał na bardzo zmęczonego. Moja mama zdążyła tylko krzyknąć - "do piwnicy!". Wujek machnął ręką i poszedł do mieszkania.
Naloty odbywały się dość regularnie. Syreny alarmujące o zbliżających się samolotach nie zawsze oznaczały, że za chwilę obok nas spadnie jakaś bomba. Tym razem spadła. Trafiła w klatkę schodową. Po odwołaniu alarmu do domu mogliśmy wrócić wyłącznie drugą klatką schodową, bo pierwsza przestała istnieć. Nagle na wprost nas wyłoniła się ogromna postać - jakby zjawa. Był to mężczyzna pokryty pyłem i kurzem. Twarz była niewyraźna. Po chwili, gdy zjawa wydobyła z siebie głos zorientowaliśmy się, że to stryj - cały i zdrowy, tylko przysypany pyłem i tynkiem.
Wracając z nocnej zmiany poprzedzonej długim spotkaniem ze "swoimi komunistami" marzył wyłącznie o tym, by położyć się i zasnąć. Nie obchodziło go to, że nadlatują samoloty i zaraz będzie bombardowanie. Nie zawsze w końcu spadały w pobliżu. No i spadły. Na śpiącego zawalił się sufit naszego mieszkania. Wygrzebał się spod gruzu i poszedł szukać innego miejsca, gdzie mógłby "dospać". To bombardowanie tylko go wkurzyło.
Mam jeszcze jedno koszmarne dla mnie wspomnienie. Była zima. Niemcy wygonili lokatorów naszej kamienicy i kazali iść na ulicę Leszno na wprost Sądów. Miałem wtedy prawie pięć lat. Mama trzymała mnie za rękę i szliśmy w tłumie ludzi pędzonych w tamtą stronę. Wkrótce naszym oczom ukazał się wstrząsający widok. I to niestety zapamiętałem...
źródło: niezlomni.com
Na poręczy długiego balkonu spalonej kamienicy przy ul. Leszno, powieszono 27 Polaków. Przeszliśmy obok miejsca egzekucji. Mama starała się zakryć mi oczy - nieskutecznie. Gdy już pozwolono - w milczeniu wróciliśmy do domu.
Przez wiele godzin ciała zakładników zwisały bezpośrednio za murem getta (dzielącego Leszno na stronę „aryjską” i „niearyjską”). Pędzono tam mieszkańców okolicznych ulic ku przestrodze i karze.
Wkrótce opublikowano nazwiska ofiar w „Nowym Kurierze Warszawskim”. W gronie ofiar znalazło się m.in. 12 żołnierzy AK, aresztowanych i przetrzymywanych na Pawiaku a także kilku wychowanków Zakładu dla Sierot im. ks. Siemca. Była to pierwsza od 1942 roku publiczna egzekucja więźniów Pawiaka - odwetowej akcji po śmierci Kutschery. Gestapo i policja niemiecka obstawiały całe kompleksy domów, zatrzymując wszystkie podejrzane osoby. Tylko między 1 a 6 lutego aresztowano blisko 1800 Polaków.
Niedługo nadeszła wiosna a potem lato...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz